> Aktualności > Relacje na całe życie

25 lat Sursum Corda

25lat SSC_Relacje na całe życie

24 lutego 2025

Relacje na całe życie

Władek był trudnym dzieckiem, ale Ani udało się do niego dotrzeć. Lata temu miała zostać na jakiś czas jego starszą siostrą, ale wygląda na to, że będzie nią już zawsze. Pani Władysława z chęcią słucha opowieści nastolatek, które postanowiły pełnić rolę jej wnuczek. Ogląda zdjęcia, wypytuje. Ostatnio podarowała im słoik ogórków. Wiktoria przyznaje, że spotkania z seniorką są jak kawka z przyjaciółką. To tylko dwie z setek, jeśli nie tysięcy historii o wolontariuszach Stowarzyszenia Sursum Corda, które rozgrywają się od 25 lat i zmieniają świat.

Dar i przywilej

2002 rok, ulica Śniadeckich w Nowym Sączu - tłum osób przyszedł na spotkanie w sprawie wolontariatu. Pamiętam zaskoczenie organizatorów tym pospolitym ruszeniem. Gdy już udało się nas ulokować w salach, siedzieliśmy wszędzie - na parapetach, podłodze, stołach. Chęć zmiany rzeczywistości i działania unosiły się w powietrzu. Energia tego wieczoru była niezwykła! - opowiada Magdalena Nosal i przyznaje, że mimo upływu lat te wydarzenia są bardzo żywe w jej pamięci.

Jak stwierdza, grupa wolontariuszy Stowarzyszenia Sursum Corda „ruszyła z kopyta”. Działania te wpisały się w jej osobistą codzienność, a dziś widzi, że także i w tożsamość.

Przez niemal cztery lata uczyłam się odpowiedzialności - za siebie, za innych, a także doświadczałam sukcesów i porażek. Gdy patrzę na to dzisiaj, widzę wielką mądrość i wspaniałą intuicję Marcina, Agnieszki i Haliny do prowadzenia, inspirowania młodych ludzi. Kluczem ich działań było tworzenie okoliczności, w których byliśmy gotowi powiedzieć: „hej, ja się tym zajmę, mogę to zrobić”, oraz ciche asystowanie i wspieranie – zaznacza Magdalena.

Wspomina jedno ze spotkań, kiedy to pracowali w grupach nad swoimi pomysłami. Ekipa Sursum Corda podpowiedziała wtedy, że pieniądze na ich realizację można zdobyć w programie „Make a ‘connection”.

fot. Magdalena Nosal

I tak się zaczęła moja przygoda z pisaniem projektów, pozyskiwaniem finansowania na nie. Razem z moją grupą, której skład pamiętam do dzisiaj, działaliśmy z rodzinnym domem dziecka prowadzonym przez państwa Dziedziców i rodziną zastępczą państwa Rams.

Wolontariat był dla Magdy czasem budowania relacji ze wspaniałymi ludźmi, kreowania wydarzeń i bycia ich częścią.

Nasze wizyty w kinach, w parkach wodnych, wspólne lekcje, wycieczki w nasze Beskidy i Mikołajki - to są konkretne przeżycia, które tworzyły relacje i poczucie wspólnoty. Podobną, choć o nieco innym charakterze, relację zbudowałam w programie Starszy Brat, Starsza Siostra, który uruchomiło w Nowym Sączu Sursum Corda. Tutaj, przez kilka miesięcy, towarzyszyłam Asi w jej codzienności, w troskach szkolnych, ale także w zbieraniu dobrych chwil, które były nasze, wspólne.

Dzisiaj to doświadczenie podsumowuje dwoma słowami - dar i przywilej. Jak mówi, był to dar spotkania niezwykłych ludzi z podobnym odczuwaniem świata i systemem wartości oraz przywilej budowania relacji z nimi, wspólnego działania i tworzenia dobra. Przywilej dotykania życia innych osób.

Z perspektywy czasu widzę jeszcze jeden, niezwykle ważny aspekt, który niesie ze sobą doświadczenie wolontariatu, jest nim świadomość swojego uprzywilejowania społecznego i większa wrażliwość społeczna na historie spoza mojego kręgu. Bo z tego miejsca można zrobić dużo dla drugiego człowieka, którego wolontariat pomaga dostrzec i zrozumieć.

 

Gdy myślę o sobie z 2005 roku - o młodej dziewczynie, która pojechała na studia na Uniwersytet Warszawski i zapukała do Fundacji Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej, z odwagą i poczuciem, że może tam być, to myślę z wdzięcznością o Marcinie, Agnieszce i Halinie, którzy swoją postawą mówili: chcesz zmiany, to zacznij działać! I tak, ta myśl mi towarzyszy nieustannie. Począwszy od działań w Fundacji Okularnicy, gdy w 2007 roku powiedziałam – „tak, podejmę się uporządkowania archiwum Agnieszki Osieckiej i zdigitalizowania go”, po dziś, gdy wchodzę do szkoły, w której system nieustannie testuje moją chęć działania na rzecz młodego człowieka. Dzisiaj też nie mam wątpliwości, że wolontariat w Sursum Corda był moją trampoliną do miejsc, w których działałam i działam – podkreśla Magdalena Nosal, która obecnie uczy języka polskiego w szkole międzynarodowej w Warszawie.

Wolontariat to część ciebie

Mateusz Marszałek przyznaje, że wspomnienia związane z wolontariatem trudno streścić w kilku zdaniach. Jego przygoda z Sursum Corda trwa od 11 lat i wciąż się nie kończy, choć on od 8 lat już nie mieszka w Nowym Sączu, a 200 kilometrów dalej – w Gliwicach i pracuje jako lekarz.

Mój wolontariat w Stowarzyszeniu rozpoczął się od swego rodzaju wyzwania, kiedy byłem w liceum. Pani Halinka Rams dała znać, że Jaś który był chłopcem niedosłyszącym, potrzebuje wsparcia w nauce, ale przy okazji także osoby, z którą będzie mógł pogadać i spędzić czas. A było to wyzwanie, bo w pierwszym miesiącu wolontariatu zacząłem się uczyć alfabetu migowego… Teraz to wydaje mi się nieprawdopodobne, ale wtedy chciało się góry zdobywać i zapał dawał dużo motywacji. No i się nauczyłem! Jaś utkwi w mojej pamięci pewnie do końca życia, bo jego rozwój był pierwszym namacalnym efektem poświęconego przeze mnie czasu i spożytkowanej energii. Później mój wolontariat nabierał tempa, bo w Sursum ciężko się nudzić – przyznaje Mateusz.

W kolejnych miesiącach poznawał ludzi, z których część dziś nazywa przyjaciółmi. Jak wyjaśnia, Sursum zawsze stawiało na rozwój wolontariuszy. Mogli nawiązywać i budować relacje między innymi na wyjazdach szkoleniowo-integracyjnych.

Za to do tej pory jestem im ogromnie wdzięczny, bo o ile moje życie byłoby uboższe bez poznanych tam osób. I właśnie z grupą innych wolontariuszy zorganizowaliśmy w Nowym Sączu Świętą Wojnę… To dopiero wspomnienie! Stowarzyszenie dało nam drobną kasę na start, a my zupełnie od zera zorganizowaliśmy turniej siatkówki dla sądeckich szkół średnich. Mówiąc, że zupełnie od zera, mam dokładnie to na myśli, bo musieliśmy poszukać sponsorów, znaleźć i wynająć halę, zatrudnić sędziów, przygotować wejściówki, a nawet… stworzyliśmy internetowy system rezerwacji biletów. O większości spraw, którymi się wtedy zajmowaliśmy, nie mieliśmy żadnego pojęcia, więc przy okazji zdobyliśmy ogrom nowych umiejętności, bo nikt za nas by tego nie zrobił. No i najważniejsze, zebraliśmy podczas tego turnieju 8700 złotych na leczenie Sławka chorego na białaczkę.

fot. uczestnicy Charytatywnego Turnieju Piłki Siatkowej "Święta Wojna"

Mateusz stwierdza, że w przygodzie z wolontariatem w Sursum najlepiej wspomina etap animacji dla dzieci. Stowarzyszenie „zgarnęło go” do ekipy animacyjnej, która jeździła na festyny i wesela i prowadziła tam zabawy dla dzieci.

Wspominam to chyba najlepiej, bo to tam się najbardziej rozwinąłem i poznałem najwięcej przyjaciół. Żeby nie być gołosłownym, to przykładowo: ja, zwykły licealista, nagle stałem się konferansjerem na Dniu Dziecka w największej galerii handlowej w Nowym Sączu i musiałem przez 8 godzin mówić do mikrofonu przed tłumem widzów, albo musiałem poprowadzić animację na weselu, gdzie malowałem twarze dzieciom, robiłem zwierzątka z balonów, czy tańczyłem w pocie czoła przez godzinę. W życiu bym nie znalazł w sobie odwagi do takich rzeczy, a przede wszystkim nie wiedziałbym, że to potrafię, gdyby nie pomoc i zachęta ze strony załogi Sursum Corda.

Przypomina sobie, że kiedy na początku swojego wolontariatu trafił na kolonię, gdzie miał pomagać wychowawcom w opiece nad dziećmi, było to dla niego nieco przerażające. Tymczasem już od 6 lat jeździ na takie wyjazdy jako wychowawca i samodzielnie zajmuje się dzieciakami oraz organizuje im czas. Dzięki Sursum przekonał się, że ograniczenia są tylko jego w głowie. Otrzymał od Stowarzyszenia mnóstwo wsparcia w rozwoju i pokonywaniu barier.

fot. Mateusz Marszałek podczas kolonii

Myślę, że wolontariat to na początku ciekawość i zwykła chęć pomocy, ale z czasem staje się częścią ciebie i czymś, bez czego trudno sobie wyobrazić życie. I tak też jest u mnie, więc jeśli Pani Halinka Rams zadzwoni, to jestem dalej do dyspozycji. To oni mnie na pewnym etapie życia ukształtowali, więc część mnie zawsze będzie gotowa na nowe wzywania i pomoc – podsumowuje Mateusz Marszałek.

Widzą człowieka w człowieku

Moja przygoda z wolontariatem w Sursum Corda rozpoczęła się w 2007 roku - początkowo była to pomoc w nauce, organizowanie czasu wolnego i wsparcie podopiecznych klubu osiedlowego "Piast". Później zaangażowałam się mocniej w projekty Stowarzyszenia - zbiórki na leczenie chorych dzieci, pomoc w organizacji wydarzeń, udział w festynach. Z czasem także pod skrzydłami Sursum zostałam animatorem czasu wolnego oraz wychowawcą kolonijnym – opowiada Magdalena Leśniak.

fot. Magdalena Leśniak

Jak zaznacza, był to piękny i owocny czas w jej życiu. Wiele znajomości trwa do dziś, zarówno z wychowankami, jak i z innymi wolontariuszami lub pracownikami Sursum Corda. Czuje, że niektórzy stali się jej bliscy jak rodzina. Ponadto zyskała wiedzę, umiejętności i doświadczenie, którego nie da się zdobyć z książek, czy zajęć na studiach. Jest przekonana, że wolontariat miał ogromny wpływ na jej wybór drogi edukacyjnej i zawodowej. Od 8 lat spełnia się jako wychowawczyni w placówce opiekuńczo-wychowawczej Siemacha w Krakowie.

Pracując z dziećmi i młodzieżą, obserwując pracę kadry Sursum Corda, nabyłam pewności, że moją misją jest pomoc innym w ciężkiej sytuacji życiowej, dlatego wybrałam kierunki studiów związane ściśle z tą tematyką - praca socjalna oraz pedagogika resocjalizacyjna z interwencją kryzysową. Nawet moje prace dyplomowe były ściśle związane z funkcjonowaniem Stowarzyszenia - temat pracy licencjackiej to „Rola wolontariatu w pomocy społecznej”, gdzie ankietowanymi byli wolontariusze Sursum. Natomiast moja praca magisterska dotyczyła aspiracji i planów życiowych chłopców niedostosowanych społecznie na przykładzie wychowanków Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Mszanie Dolnej, który był flagowym miejscem pracy wolontariuszy Sursum, a także w ogóle zainicjował jego powstanie.

Magda podkreśla, że kadra sądeckiego Stowarzyszenia to ludzie profesjonalni w swojej pracy i „widzący człowieka w człowieku” - zarówno w swoich podopiecznych jak i wolontariuszach.

Każdy z nas jest dla nich ważny, osobiście doświadczyłam wsparcia ze strony pracowników w swojej ciężkiej sytuacji osobistej. Mimo iż od lat nie mieszkam w Nowym Sączu, nadal pozostaję w kontakcie z pracownikami - są to kontakty pełne ciepła, życzliwości i zainteresowania.

Pamiętam, że na spotkania wolontariuszy do siedziby Stowarzyszenia chodziłam wraz z przyjaciółmi z ogromną chęcią i radością, nieważne czy mieliśmy szkolenie, przygotowanie do festynu, pomoc przy pracy biurowej czy nawet akcję sprzątania budynku po zalaniu. Zawsze chcieliśmy tam być, ponieważ widzieliśmy zaangażowanie kadry w pracę i sami chcieliśmy stać się tacy jak oni. Ogromnie cieszę się, że byłam i nadal jestem częścią tej działalności i życzę Stowarzyszeniu kolejnych pięknych lat, ponieważ są niesamowicie ważnym punktem na mapie Nowego Sącza, Małopolski, a nawet całego kraju. Zachęcić ludzi, zwłaszcza młodych, do pomagania w formie pracy wolontaryjnej jest trudno, a oni robią to wspaniale – przekonuje Magdalena Leśniak.

Zmieniać świat

Mariusz Popiela, słysząc słowo wolontariat, wspomnieniami wraca do 2002 roku, kiedy to był na pierwszym roku studiów pedagogicznych. Na salę wykładową na prezentację programu Starszy Brat, Starsza Siostra wszedł Marcin Kałużny. Obecny dyrektor Szkoły Podstawowej w Kamionce Wielkiej do dziś pamięta mocniejsze bicie serca, kiedy zaczął słuchać o tym, co przecież wówczas jako młody chłopak chciał robić – zmieniać świat na lepsze.

fot. Mariusz Popiela z uczestnikami kolonii Rymanów-Zdrój 2006 r.

Bycie „starszym bratem” 10-letniego chłopca, kiedy prywatnie byłem najmłodszy z rodzeństwa, dawało poczucie odpowiedzialności i wielkiej radości, że mogę komuś przewodzić, wspólnie się bawić, czy też być po prostu starszym bratem. Choć początkowo miałem obawy, czy podołam wyzwaniu, finalnie okazało się ono piękną lekcją wdzięczności, cierpliwości i empatii, którą zapamiętuje się na całe życie. Doświadczam tego do dzisiaj, pracując jako nauczyciel i dyrektor w szkole podstawowej.

 

Będąc wychowawcą podczas organizowanych przez Sursum Corda kolonii, Mariusz miał okazję uczyć się wzorowego przygotowania dokumentacji oraz organizowania wypoczynku dla dzieci.  Obserwowanie kunsztu organizatorskiego Marcina i Halinki mocno wpłynęło na moje późniejsze działania w pracy zawodowej, jako wychowawcy, a szczególnie jako kierownika półkolonii, które organizowałem w szkole.

fot. Mariusz Popiela, Halina Rams, Renata Czerwińska oraz uczestnik kolonii w Rymanowie-Zdroju

Działanie w Sursum Corda było dla niego też okazją do poznania ludzi o podobnych wartościach, a znajomości te trwają do dziś. Sam z przekonaniem zachęca młodych ludzi do wolontariatu. Mały gest dla nas, może być wielką sprawą dla potrzebujących. Przecież pomaganie ma moc, a czasem nawet „bawiąc się, pomagasz”, swego czasu koordynowałem animacje dla dzieci o takim motto.

W roku 25-lecia powstania Stowarzyszenia, nadarza się okazja, aby pogratulować wytrwałości i wrażliwości na potrzebujących całej załodze Sursum Corda oraz podziękować za możliwość poczucia „bycia potrzebnym”. W górę serca na kolejne jubileusze! - mówi Mariusz Popiela.

Starszy brat na pokładzie

Kiedy byłem w szkole średniej, poszukiwałem jakiegoś dodatkowego zajęcia, chciałem się gdzieś udzielać. Wiele słyszałem od moich rodziców, którzy w młodych latach zajmowali się podopiecznymi domu dziecka. Mama chodziła do takiej dziewczynki. Te opowieści wzbudziły we mnie zainteresowanie drugim człowiekiem. Wtedy dowiedziałem się od znajomych o programie Starszy Brat, Starsza Siostra i się zgłosiłem. Przeszedłem szkolenie, które było o tyle ciekawe, że zbadano też moje predyspozycje i porównano z bazą dzieciaków z programu. Pod moją opiekę trafił 8-letni Sebastian i powiem szczerze, że dobrali nas jak z książki. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, pasowaliśmy charakterami jak puzzel do puzzla – opowiada Dariusz Żelazko, znany dziś w sieci jako Jakub Steward.

Sebastiana odwiedzał co najmniej raz w tygodniu, bo taki był warunek programu. Pomagał mu w nauce, ale też wychodzili wspólnie np. do starego Coctail Baru, czy do kina. Takie wypady były finansowane przez Sursum Corda, tak jak i bilety autobusowe.

fot. Dariusz Żelazko z Sebastianem

Z tego co wiem, do programu wybierane były dzieciaki, które miały jakąś trudną sytuację rodzinną. Tak też było w przypadku mojego podopiecznego i z tego co wiem, dzięki tym naszym spotkaniom Sebastianowi udało się fajnie podciągnąć w nauce. Zawiązała się między nami naprawdę taka braterska relacja. Program zapewne wiele dał Sebastianowi, który zyskał kogoś, na kim mógł polegać, ale bardzo dużo też wniósł do mojego życia. Byłem w wieku, kiedy ten charakter jeszcze się u człowieka kształtuje. Nauczyłem się między innymi odpowiedzialności, bo ktoś na mnie raz w tygodniu czekał – przyznaje Jakub.

Uważa, że wolontariat był jedną z kluczowych części jego życia i wpłynął też na to, co robi dzisiaj. Jest instruktorem personelu pokładowego, więc szkoli stewardów i stewardesy między innymi z kompetencji miękkich, czyli empatii, podejścia do drugiego człowieka.

Sam również czynnie latam na pokładzie samolotu. Dla mnie najważniejszy jest człowiek, którego trzeba umieć nie tylko słuchać, ale naprawdę usłyszeć, by zrozumieć to, co chce nam powiedzieć. Jestem też menadżerem do spraw rozwoju i na szkoleniach niejednokrotnie wspominam wolontariat, który w mojej młodości zasiał ziarno, które później kiełkowało i teraz mocno wyrosło. Dostałem dobre przygotowanie pedagogiczne i zyskałem zupełnie inne patrzenie na drugiego człowieka.

Ostatnio w jednej ze szkół podstawowych na Lubelszczyźnie, gdzie w tej chwili mieszka, opowiadał o pracy stewarda. Wspominał swoje działanie w wolontariacie i uświadomił uczniów ósmej klasy, że już w ich wieku w ich życiu mogą dziać się rzeczy, które będą wpływać na ich decyzje życiowe.

fot. Dariusz Żelazko, znany dziś w sieci jako Jakub Steward wraz z podopiecznymi programu Starszy Brat Starsza Siostra

Sam chyba najbardziej zapamiętałem dzień, kiedy ostatni raz widziałem się z Sebastianem. Zamykaliśmy program, mój, ale i jego udział, bo później nie dostał już żadnego starszego brata ani siostry. Kiedy wróciłem do domu i wszystko sobie podsumowałem, to nie było mi łatwo. Ty było kilka lat takiego dobrego zwyczaju, kiedy wiedziałem, że raz w tygodniu jadę na kilka godzin do Sebastiana. Uświadomiłem sobie, że już tego nie będzie i dopadła mnie nostalgia. Teraz myślę, że przecież mogłem ten czas wykorzystywać inaczej, siedzieć gdzieś, jak to część młodzieży robi, a nawet czynić jakieś szkody. A tu przynajmniej czas był zajęty bardzo pozytywnie i produktywnie, co teraz mocno zaowocowało. Wiem, że każdy, nawet przypadkowo napotkany człowiek zasługuje na dużo szacunku i uwagi. Jestem pewien, że wolontariat się u mnie do tej świadomości przyczynił.

Dariusz nazywany Jakubem zwraca również uwagę na fakt, że pracodawcy często doceniają uczestnictwo w jakiejś formie wolontariatu.

Kiedy ponad dziesięć lat temu startowałem do linii lotniczej w Dubaju, to oni bardzo chwalili, że działałem wolontariacko. Sursum Corda do tej pory wspominam z wielkim sentymentem i wciąż utrzymuję kontakt, głównie online, z innymi wolontariuszami, których poznałem nawet te 20 lat temu – mówi.

Więź na całe życie

W szkole średniej zapisałam się do programu Starszy Brat, Starsza Siostra i mieliśmy potem różne szkolenia. Ja jednak wtedy stwierdziłam, że nie jestem jeszcze gotowa. Odczekałam rok i ponownie poszłam na szkolenie. Dzieci dobierano do wolontariuszy na podstawie charakteru i ja dostałam Władka. On był wtedy w trzeciej klasie podstawówki i miał jeszcze dwójkę młodszego rodzeństwa. Oni też dostali „starsze siostry”, ale one się z czasem zmieniały, a ja byłam z Władysławem do końca programu, a później przejmowałam kolejno jego brata i siostrę – wspomina Anna Osuchowska.

W ramach programu dzieci, które potrzebowały jakiegoś wsparcia, dostawały wolontariusza, który pełnił funkcję starszego brata czy starszej siostry. Ta osoba miała dziecko wspierać, spotykać się z nim minimum raz w tygodniu na dwie godziny. Ania była jedynaczką i zawsze lubiła pomagać ludziom. Prawdopodobnie wolontariat wpłynął na to, jaki zawód później wybrała – dziś jest psychologiem, choć pracuje teraz z dorosłymi, a nie z dziećmi.

fot. Anna Osuchowska z podopiecznym programu Starszy Brat Starsza Siostra

Mieliśmy z Władkiem nawiązać więź, więc spędzaliśmy czas nie tylko na nauce, ale też na zabawie i innych aktywnościach. Raz w miesiącu mogliśmy pójść do kina i do Coctail Baru w ramach takiej karty wolontariusza. My akurat się dobrze dopasowaliśmy, bardzo zżyliśmy się ze sobą i spotykaliśmy się dużo częściej. Nikt się nie spodziewał, że tak to się potoczy. Władek i jego rodzeństwo byli nawet kiedyś u nas na Wigilii razem z tatą. Mamy dużo wspólnych wspomnień, do dzisiaj utrzymujemy kontakt. Jak poznałam swojego obecnego męża, to on też w tym uczestniczył, a oni byli częścią naszego życia. Byli na naszym ślubie, na chrzcinach naszej córki. To już było po tym, jak program dawno się skończył. Władek do tej pory nas odwiedza, ja traktuję go jak brata, moje dzieci bardzo go lubią.

Anna przyznaje, że nie zawsze było kolorowo. Początki nie były łatwe.

Władek był trudny i ja nie wiedziałam czasami, jak się zachować. Ale dotarliśmy się, pracowaliśmy nad jego zachowaniami. Pamiętam taki dzień, jakoś na początku, kiedy wszystkie wolontariuszki się zebrały i zabrałyśmy to rodzeństwo na spacer. To było jesienią i przechodziliśmy obok stert zebranych liści. Wszyscy dostaliśmy wtedy jakiejś głupawki i zaczęliśmy się tymi liśćmi rzucać, gdzieś nawet do tej pory mam zdjęcia z tego spaceru. Później czasem przychodzili do mnie, graliśmy z moimi rodzicami w karty, czy gry planszowe. Starałam się im pokazać, jak może wyglądać świat, w którym nie ma aż tak dużych problemów.

 

Kliknij i odsłuchaj archiwalnej audycji o programie Starszy Brat Starszsa Siotra - Radia Galicja.

Rodzeństwo

Nie pamiętam, jak to się stało, że trafiliśmy do programu Starszy Brat, Starsza Siostra. Przypominam sobie tylko, jak chyba pani Halina przyszła do nas ze „starszymi siostrami” dla mnie i mojego rodzeństwa. Mi przydzielono Anię – mówi Władysław Zakrzewski, dziś dorosły już mężczyzna.

On też przyznaje, że na początku było ciężko.

Nie ukrywam, że byłem trudnym dzieckiem i niełatwo było do mnie dotrzeć. Ani się to jakoś udało i nawet się nie zorientowałem, kiedy się tak bardzo z nią zżyłem. Nieraz ją odwiedzałem, choć tego nie było w regulaminie, ale mój tata wyraził zgodę, a jej rodzicom to nie przeszkadzało. Czasem zapraszała mnie na grilla, pamiętam, że uczyła mnie piec pierwsze ciasteczka na święta. No i dużo mi pomagała w nauce, do której nie byłem skory. Wywiązała się między nami prawdziwie rodzinna relacja i trwa do dnia dzisiejszego. Byłem na ślubie Ani, a nawet na chrzcinach jej córki. Otrzymałem od niej tyle dobra i tyle serca, że ciężko mi to zachować dla siebie i staram się to też przekazywać innym.

fot. Anna Osuchowska z Markiem i Władysławem

Program Starszy Brat, Starsza Siostra to dla niego lata miłych wspomnień. Pamięta też prezenty na święta z Sursum Corda, kulig na saniach ciągniętych przez konie, grill z kiełbaskami...

Najlepsze jednak były kolonie nad morzem. Dużo się na nich działo, jako dzieci nie mogliśmy się nudzić – różne atrakcje, zwiedzanie, zawody. Opiekunowie bardzo dobrze się nami zajmowali i teraz z perspektywy czasu widzę, że często dopytywali, co jeszcze mogliby zrobić, co poprawić. A robili to w taki sposób, że ja jako dziecko nawet się nie domyślałem, że o to pytają. Pamiętam wolontariuszy, którzy robili to z serca, widać było, że lubią to, czym się zajmują. Bardzo ich ceniliśmy.

Władysław przypomina sobie też, jak brał udział w sesji zdjęciowej dla Sursum Corda.

Wylądowałem nawet później na jednej z ulotek, chyba dotyczącej przekazania 1% podatku. To było bardzo fajne, czułem się wyróżniony. Dzieci w szkole mi zazdrościły.

Młodszy brat Władysława, Marek, także miał swoje starsze siostry - wolontariuszki.

To była dobra pomoc dla dzieci, które miały ciężkie dzieciństwo, czy nie miały tak łatwo jak przeciętna polska rodzina. Nas ojciec wychowywał sam, więc program był fajną odskocznią od szarej codzienności. Można było zapomnieć o przykrych sprawach, idąc do kina, do Coctail Baru spędzając ciekawie czas. Siedzieliśmy sobie, opowiadaliśmy, mieliśmy pomoc przy zadaniach domowych. Pamiętam, że miałem chyba dwie starsze siostry, bo jedna zaczęła studia i niestety musiała wyjechać, a druga była krótko. Natomiast mój starszy brat miał taką siostrę, która później opiekowała się całą naszą trójką. Nadal mamy z nią kontakt – mówi Marek Zakrzewski.

 

fot. Uczestnicy kolonii organizowanych przez Sursum Corda

On też ma dobre wspomnienia dotyczące innych atrakcji organizowanych przez Sursum Corda i wyjazdów na kolonie. Uważa, że pomoc wolontariuszy dużo wniosła do jego życia.

To były naprawdę dobre osoby. Wydaje mi się, że często ludzie z takich rodzin jak nasza kończą na ścieżce kryminalnej. Ja przekonałem się, że dobro popłaca. Ktoś nam pomógł, więc lepiej, żebyśmy i my teraz pomagali.

Najmłodsza z rodzeństwa Zakrzewskich – Kasia, miała jakieś siedem lub osiem lat, kiedy rozpoczęła przygodę z Sursum Corda.

Z mojej perspektywy to było super doświadczenie, chociażby ze względu na to, że zawsze marzyłam o starszym rodzeństwie. Mam starszych braci, ale między nami jest dość mała różnica wieku, a chciałam mieć dużo starszą siostrę lub brata, czyli kogoś, kto będzie się mną opiekował. Poza tym było to rodzeństwo na wyłączność, nie musiałam się dzielić moją starszą siostrą, ona była tylko dla mnie. Moją pierwszą starszą siostrą, którą pamiętam, była Natalia. Czasem wychodziliśmy gdzieś wszyscy razem, ale najczęściej spędzałyśmy czas we dwie. Widywałyśmy się raz w tygodniu, najpierw odrabiałyśmy lekcje, pomagała mi w zadaniach, jeśli miałam z czymś problem, a potem na przykład grałyśmy w gry. Mogłam z nią też rozmawiać o wielu rzeczach. Czasem wychodziłyśmy do kina, do Coctail Baru, czy na basen.

Katarzyna Zakrzewska przypomina sobie, że kiedy wolontariuszka Natalia wyjechała na studia, zajęła się nią Paulina, która jednak wkrótce też wyjechała. Wtedy Kasia przejęła starszą siostrę po bracie, czyli Anię.

fot. Wolontariuszka programu Starszy Brat Starsza Siostra i Kasia podczas wspólnych zajęć

Dobrze wspominam też organizowane przez Sursum Corda wyjazdy na kulig i spotkania z Mikołajem. To było dla mnie takie „wow”. Pamiętam, że kiedy miałam 10 lat, pisaliśmy listy do Mikołaja. Napisałam, że chciałabym dostać łyżwy. Mam je do tej pory. Mam już 25 lat i wciąż jeżdżę na łyżwach, które wtedy dostałam. Natomiast wyjazdy na kolonie były okazją do kontaktu z innymi rówieśnikami, czy starszymi dziećmi, spoza mojego życia, spoza osiedla. To było naprawdę super. Z niektórymi osobami, które poznałam na koloniach, mam kontakt do tej pory – zdradza Kasia.

Wnuczki

Program Starszy Brat, Starsza Siostra został kilka lat temu zamknięty. Niestety coraz trudniej było o wolontariuszy chętnych na długoterminowe, co najmniej roczne kontrakty. Teraz Sursum Corda skupia się na wolontariacie na rzecz seniorów. Jednymi z „przyszywanych” wnuczek zostały Wiktoria i Sandra.

W wolontariacie działam od ponad roku. Miałam sporo wolnego czasu i nie wiedziałam, na co go przeznaczyć. Nie chciałam spędzać go, siedząc w telefonie. Wpisałam więc w internecie hasło „wolontariat”. Myślałam na przykład o sprzątaniu parków, czy czymś podobnym. Trafiłam jednak na stronę Sursum Corda i stwierdziłam, że zobaczę, co to będzie. Moja przyjaciółka Sandra też postanowiła się zapisać i tak się zaczęła nasza przygoda. Było to całkowicie coś innego, niż się spodziewałyśmy, ale bardzo się cieszę, że dołączyłyśmy – opowiada Wiktoria Hojniak.

Ona pochodzi z Muszyny, a Sandra z okolic Biecza. Obie uczą się w szkołach średnich w Nowym Sączu i mieszkają tam w internacie. Wolontariat stał się z czasem nierozerwalną częścią ich życia.

Wiktoria znalazła w internecie jakiś ogłoszenie o wolontariacie w Nowym Sączu. Mówiła, że wydaje się bardzo fajny i zapytała, czy nie chciałabym z nią dołączyć. Wysłałyśmy wtedy obie zgłoszenia. Dołączyłyśmy do grupy na Messengerze dla wolontariuszy. Tam zazwyczaj pani Halinka albo pani Ania piszą o propozycjach zadań do wykonania, informują o spotkaniach integracyjnych i innych rzeczach na bieżąco. Jeśli ktoś chce wziąć w czymś udział, to tam się zgłasza. Każdy zajmuje się tym, czym chce – mówi Sandra Brudzisz.

Obie nastolatki biorą udział w różnych akcjach i programach. Ostatnio skupiają się na seniorach, a ich wspólną babcią została pani Władysława.

To trochę wygląda tak, jakby się szło do przyjaciółki na kawkę poplotkować. Odwiedzamy naszą seniorkę, rozmawiamy sobie. To takie luźne spotkania. Ona jest bardzo kochana, zawsze chce oglądać nasze zdjęcia, wypytuje jak tam w szkole, czy zdałyśmy egzamin na prawo jazdy. Ma wnuczki, jednak mieszkają gdzieś daleko. Tęskni za nimi i nas właśnie jak wnuczki traktuje – opowiada Wiktoria.

 

Sandra dodaje, że ostatnio dostały od pani Władysławy ogórki kiszone domowej roboty. - Akcja polega na tym, że mamy dbać o seniorów, jak o własnych dziadków. Zazwyczaj są samotni. Na początku pomagałyśmy przy rekrutacji seniorów do tego programu i odwiedzałyśmy różne osoby. Zawsze jak od nich wychodziłyśmy, to byłyśmy bardzo pozytywnie nastawione. Od razu chciało się więcej robić, bo widać, że ci ludzie się cieszą i faktycznie coś wnosimy do ich życia. To bardzo motywujące. Niektórzy seniorzy korzystający z Poczty Obiadowej mówili, że czekają na dostawców jedzenia, bo dla nich to jedyna interakcja z ludźmi. Cieszyli się, że mogą komuś chociaż dzień dobry powiedzieć. Jedna pani opowiadała nam o swoim życiu, miała za sobą bardzo traumatyczne historie, była smutna. Bardzo nas to przytłoczyło i zapadło w pamięć.

fot. Sandra i Wiktoria z panią Władysławą

Dziewczyny działają też wolontariacko podczas różnego rodzaju festynów. Zajmują się wtedy na przykład malowaniem dzieci.

Bardzo zapadła mi w pamięć sytuacja, kiedy wymalowałam chłopcu na twarzyczce wzór Spider-Mana. Później przyszła do mnie mama z innym chłopczykiem, który dowiedział się, że to ja malowałam tamtemu twarz i tak mu się spodobało, że też by tak chciał. Bardzo się później cieszył, do dzisiaj pamiętam jego uśmiech – wspomina Wiktoria.

Sandra jest w trzeciej klasie technikum, więc jeszcze zostanie w Nowym Sączu. Natomiast Wiktoria jest już w klasie maturalnej liceum i planuje wyjazd na studia do Krakowa. Nie zamierza jednak porzucić działalności wolontariackiej, choć z Sursum Corda prawdopodobnie się pożegna.

Być może gdzieś w Krakowie się zapiszę. Myślałam też o oddawaniu krwi. W tym roku przygotowuję się do matury i często mnie różne akcje Sursum Corda omijają, na przykład teraz w ferie. Bardzo mi wtedy szkoda, zazdroszczę innym, że mogli w jakimś wydarzeniu wziąć udział. Te znajomości i poruszanie się w kręgu takich dobrych duszyczek sprawiają, że człowiek sam staje się lepszą osobą – mówi Wiktoria Hojniak.

Sursum Corda wyrosło z wolontariatu i nieustannie go rozwija. 25 lat historii Stowarzyszenia to setki wolontariuszy i setki, albo i tysiące osób, które otrzymały ich wsparcie. To pierwsze w regionie Centrum Wolontariatu, programy pomocowe, ale i Małopolska Sieć Szkolnych Klubów Wolontariatu. Sursum Corda jest wojewódzkim koordynatorem wolontariatu w ramach programu rządowego Korpus Solidarności i nieustannie przyciąga ludzi, którzy chcą zmieniać świat, albo choć maleńkie jego fragmenty. Jak się okazuje, mają taką moc.

Podoba Ci się to, co robimy?

Wspieraj Stowarzyszenie SURSUM CORDA przez wpłaty online. Dzięki Tobie możemy czynić dobro każdego dnia! 

Niepoprawny numer telefonu
Wiadomość została wysłana na twój nr.
Dziękujemy za pomoc.
×
Przejdź do treści