Ta witryna używa cookies. Zamknij
Na RatunekWolontariatWypożyczalnia sprzętu rehabilitacyjegoFESTYN RODZINNY - oferta animacyjna dla dzieciŚlub z sercem
KRS 0000020382


Nasz profil na Naszej Klasie


Pomóż - wpłaty online:
Płatności.pl




newsletter


Kryszta-y Soli Otrzymaliśmy Nagrodę Kryształy Soli - dla najlepszej organizacji pozarządowej w Woje- wództwie Małopolskim, w kategorii polityka społeczna
Ziarnko Gorczycy ZIARNKO GORCZYCY za wyzwalanie dobra w ludziach, za profesjona- lizm i uczciwość, usta- nawianie wysokich standardów w pracy org. pozarządowych
Amicus HominumAMICUS HOMINUM dla Małgosi Wróbel za projekt „Chata”


Strona zgodna ze standardem XHTML 1.0 Transitional

 

Wolontariusze o projekcie


 

"Gdzie jest granica mojej tolerancji?"

Odczucia wolontariuszki Młodzieżowego Centrum Wolontariatu przed pierwszym wyjazdem do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Mszanie Dolnej i pierwszym spotkaniem z jego wychowankami.


Żadnych spódnic ani dekoltów. Każdemu trzeba podać rękę. Wszyscy chcą być równi i tak mamy ich traktować. Kazali nam się przygotować psychicznie. Mam na to jeszcze pięć dni, do 10 listopada.
Pierwszy wyjazd do ośrodka opiekuńczo-wychowawczego do Mszany Dolnej napawa mnie strachem. Jednocześnie mam co do tego bardzo pozytywne odczucia. Nie mogę się doczekać. Właściwie sama nie wiem czego ja chcę i co czuję... Rodzice mówią, żeby się dobrze zastanowiła. Od jednej z osób, które tam jeździła przez dziewięć lat usłyszała, że oni są normalnymi ludźmi, takimi jak my tylko "trochę bardziej wygolonymi i wytatuowanymi". To podobno nie jest niebezpieczne. Do rodziców ten argument nie trafia. A do mnie ?
Jak można się do takiego spotkania przygotować ? Czy w ogóle można? Może zaraz po wejściu tam będę chciała wyjść ? Czy wytrzymam ? To z pewnością nie jest łatwe. Co tym chłopakom powiedzieć ? Jak z nimi rozmawiać ? Wiem, że są normalni, zwykli, tacy, jak każdy z nas... Nie powiem, że ich rozumiem, bo tak nie jest. Nie powiem, że wiem jak to jest w takim ośrodku, bo nie mam pojęcia.
Na dzień dzisiejszy wiem jedno chcę tam pojechać! Dlaczego? Chcę się przekonać jacy oni są, poznać ich spojrzenie na świat, pokazać im, ze można żyć normalnie. Jest też egoistyczny strona chcę się przekonać, gdzie jest granica mojej tolerancji dla drugiego człowieka i otwartości na niego, zobaczyć ja to jest spotkać kogoś, kto nie miał tyle szczęścia co ja.
Często się mówi: mogło być lepiej, dąży się do czegoś lepszego, nie jest się zadowolonym z tego, co się ma. Na pewno po kontakcie z takim środowiskiem bardziej się docenia to, co do tej pory wydawało się najnormalniejszą rzeczą na świecie.
Już nie mam wątpliwości: chcę tam pojechać ! Chcę pomagać ! Jestem w końcu wolontariuszem...
 

Monika


 

"Pytali czy jeszcze się spotkamy. Co miałyśmy odpowiedzieć?"

Monika wraz z grupą wolontariuszy, miała okazję sprawdzić, czy jest tolerancyjna dla wychowanków Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. Kontynuuje swoje rozmyślania dzieląc się z nami wrażeniami z dotychczasowych wyjazdów.


Pierwszy raz do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Mszanie Dolnej pojechałyśmy w niedzielę 17 listopada 2002 r. Było nas siedem osób - same dziewczyny. Bałyśmy się jak nigdy. Nie ich, ale tego, co tam zobaczymy. Tego, jak to mówiłyśmy "innego świata".
Pierwszym szokiem była dla nas piosenka, którą chłopcy nas powitali, mianowicie wchodząc do budynku usłyszałyśmy "Żegnamy was, Alleluja". To nas nie odstraszyło. Za wszelką cenę chciałyśmy im pokazać, że nie są w stanie nas zniechęcić. Początkowo nie wiedziałyśmy nawet jak do nich zagadać. Często spotykałyśmy się ze stwierdzeniami w stylu: "Przyjechały du...". Szybko okazało się, że każdy z chłopaków chce porozmawiać, ale trochę się z tym kryje przed kolegami.
Spacer, na który wybraliśmy się wszyscy razem był okazją do poznania się z nimi. Po południu, kiedy wróciliśmy do ośrodka zorganizowałyśmy turniej dla chłopaków. Przygotowałyśmy 80 pytań o różnym stopniu trudności z różnych dziedzin. Bawiliśmy się przy tym doskonale. Dopiero jednak wieczorem atmosfera sprzyjała rozmowom na poważniejsze tematy. Nikt jednak nie zwierzał się ani nie szukał pocieszenia. Wtedy przekonałam się, że dotrzeć do nich, zyskać ich zaufanie - to nie takie proste. Są bardzo zamknięci w sobie, na każdym kroku wkładają inną "maskę", nie sposób ich wyczuć. To było pierwsze wrażenie.
Nie spodziewałam się cudów. Co mnie jednak zaskoczyło, to ich pożegnanie. Mówili, że bardzo się cieszą z naszego przyjazdu (jeden zdziwił się, że dobrowolnie poświęcamy swój czas i nikt nas do tego nie zmusza). Pytali czy jeszcze się spotkamy. Co miałyśmy odpowiedzieć? Z jednej strony coś mnie tam ciągnęło, kiedy wychodziłam, już chciałam tam wracać, nie chciałam stracić tego czasu, który został mi dany. Jest też druga strona medalu - przekonałam się, że bycia tam z nimi wcale nie jest takie proste i wesołe, jak to się może wydawać. Wychowawcy pracujący tam muszą dużo znosić. Nie wystarczy podejście: chcę uzdrowić to środowisko. Trzeba czegoś więcej. Pozostało mi pytanie: co to jest i czy ja to mam ?
Kolejny raz mogłam się sprawdzić w czasie rekolekcji przed Świętami Bożego Narodzenia, które trwały od 15 do 18 grudnia 2002 r. Tym razem pojechałyśmy we trzy: ja, Kasia i Emilia. Oprócz nas były również dziewczyny ze Starego Sącza, jedna z Warszawy i kilku chłopaków, m.in. z Wrocławia, Brzeska i Włocławka. Mimo, iż wcześnie nie znaliśmy się, utworzyliśmy zgraną grupę, która starała się w miarę możliwości pomóc w przygotowaniu i poprowadzeniu rekolekcji. Ich program był bardzo bogaty, nie były to tylko konferencje ks. S. Majchra, ale również dyskusja nad filmem, który wspólnie obejrzeliśmy, spotkania z ludźmi, którzy dawali świadectwo, zajęcia w grupach tematycznych, które miały do dyspozycji takie zagadnienia jak: uzależnienia, konflikt pokoleń, miłość, spowiedź, służba drugiemu człowiekowi a także kółko kabaretowe i zajęcia kulinarne. Codziennie "oaza", czyli my uczestniczyliśmy we mszy świętej, wieczorem zaś wszyscy bawiliśmy się w sałatkę owocową lub krzesełka.
To jednak tylko powierzchowny plan rekolekcji. Tak naprawdę działo się tam o wiele więcej. Ten pobyt był okazją do szczerej rozmowy, do pokazania im, że można normalnie żyć - bez bójek, kradzieży i libacji alkoholowych przy byle okazji. Tego nie da się wyrazić słowami. Chłopcy żądni są wiedzy na temat Boga, chodzenia do Kościoła. Pytali nas również o nasze święta. Chcieli wiedzieć jaka jest wtedy atmosfera w naszych domach, jak my to przeżywamy. Udało nam się troszkę ich poznać - przede wszystkim z tej lepszej, bardziej ludzkiej strony, pokazali, że oni też mają uczucia, że są normalnymi chłopakami - "tylko trochę bardziej wygolonymi i wytatuowanymi".
Tak piszę i piszę i nie mogę skończyć. Nie sposób tego wszystkiego opowiedzieć. Może skończę. Jeśli ktoś chce tego wszystkiego doświadczyć, przekonać się co to znaczy, niech przyjdzie na spotkanie wolontariatu. Ja wiem na dzień dzisiejszy jedno: jeśli robisz coś dobrego dla kogoś, tak naprawdę robisz coś dobrego dla siebie. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak 18 grudnia wieczorem w czasie kolacji wigilijnej na zakończenie rekolekcji. Uświadomiłam sobie, że jestem potrzebna, nie tylko mojej rodzinie, moim przyjaciołom, ale wielu ludziom. Ja dam im coś z siebie, a zyskam dużo więcej. Już zyskałam...

Monika

 
|   Wizyty: teraz 1 , dzisiaj 1 , miesiąc 51 , rok 882  |   Ostatnia aktualizacja: 11-08-2017   |   Zgłoś błąd na stronie: mail   |